Jan XXIII – uroczystość kanonizacji św. Wincentego Pallottiego [3]

Przemówienie Papieża Jana XXIII do Rodziny Pallotyńskiej i pielgrzymów przybyłych na kanonizację Wincentego Pallottiego, wygłoszone w kościele Sant’Andrea della valle w dniu 22 stycznia 1963 roku

Dzisiejsze spotkanie - rozpoczął Ojciec Święty - jest niecodzienne i wzruszające. Przywodzi ono na myśl pewne wydarzenia, związane tak z tą piękną świątynią Sant'Andrea delie Valle, jak również z obecnością papieża w tym kościele oraz z jego udziałem w uczczeniu świętego Wincentego Pallottiego.

Dwa znamienne wydarzenia.

Kroniki wspominają o pewnym chłopcu, pełnym energii i szlachetnych zamiarów, który zgłosił się pewnego dnia do Pallottiego, prosząc go o poparcie, gdyż chciał dostać się do papieskiej Gwardii. Mąż Boży odmówił, a uzasadniając swoje zdanie dodał: Papież nie potrzebuje, abyś ty go strzegł, a w przyszłości kto inny będzie mógł strzec ciebie.

Chłopcem tym był Jan Maria Ferretti. Nie zrozumiał on z pewnością pełnego znaczenia słów swego rozmówcy, lecz nie tracił nadziei i - porzuciwszy zamiar zostania członkiem Gwardii Papieskiej, poszedł inną drogą, decydując się na wstąpienie do stanu kapłańskiego. Minęło kilkanaście lat i kapłan ten, wyróżniający się w służbie Stolicy świętej i w pracy duszpasterskiej, wstąpił na tron Piotrowy jako Pius IX.

A oto inne zdarzenie godne uwagi. Święty Wincenty dał w 1836 roku początek miłemu zwyczajowi obchodzenia oktawy Trzech Króli, przestrzeganemu od 1841 roku w tym oto kościele Sant'Andrea delia Valle. Skupia ono przedstawicieli całego świata we wspólnej modlitwie do Chrystusa Odkupiciela. W roku 1847 w dniu zakończenia oktawy, Pius IX zjawił się nieoczekiwanie u drzwi kościoła, pragnąc wziąć osobiście udział w tym nabożeństwie. Kroniki wspominają, że przemówił on wówczas gorąco do ludu, który przyjął to z głębokim uznaniem. Ten gest papieża był ponadto wyrazem jego całkowitego poparcia dla licznych dzieł i poczynań Wincentego Pallottiego. I tutaj Pius IX był wiernym spadkobiercą swego poprzednika Grzegorza XVI, który okazywał podobnie wielki szacunek temu wybitnemu kapłanowi rzymskiemu. Była to wprawdzie ogólnie znana opinia papieża. Święty Wincenty jednak cieszył się szczególnym poparciem Namiestnika Chrystusowego i był wszędzie przyjmowany z szacunkiem, jako ktoś bardzo wybitny i gorliwy.

Powracając do Piusa IX trzeba jeszcze dodać, że nie tylko spotykał się on często z przyszłym świętym, lecz wybrał go sobie na swego spowiednika nadzwyczajnego. Znał dobrze i popierał jego rozległe plany dyktowane gorliwością, a związane z zamiarem powołania do życia Stowarzyszenia Apostolstwa Katolickiego wraz z innymi instytucjami tak ściśle z nim złączonymi, że gdy powstawały trudności na drodze ich bohaterskiego założyciela, nie tracił on nigdy pogody ducha. Tak więc Wincenty Pallotti, oddający wszystkie swe niepospolite zdolności na chwałę Chrystusa czy to w Rzymie, czy gdzie indziej, miał możność nawiązania kontaktów z różnymi wybitnymi dostojnikami kościelnymi np. w Wielkiej Brytanii i wysłania tam grupy swych uczniów. W ten sposób przyczyniał się on do wspaniałego rozwoju królestwa Chrystusowego w wielu krajach i na wszystkich kontynentach.

Powitanie pielgrzymek z całego świata.

Godne przedstawicielstwo tego tak pięknie rozwiniętego dzieła staje dziś przed Papieżem i łączy się z Nim w wielbieniu wielkiego Świętego ze wspaniałą wspólną miłością i gorącą wdzięcznością. Dlatego Ojciec Święty wita z radością liczne pielgrzymki przybyłe pod przewodem Stowarzyszenia Apostolstwa Katolickiego oraz wyrosłych ze Stowarzyszenia instytucji. Przybyły one z 19 krajów: z Włoch, Francji, Niemiec, Wielkiej Brytanii, Irlandii, Austrii, Szwajcarii, Hiszpanii, Portugalii, Belgii, Stanów Zjednoczonych, Kanady, Brazylii, Urugwaju, Australii, Indii, z Tanzanii i Afryki Południowej.

Okoliczności czasu skierowują uwagę na coś, co chwyta za serce dobrych kapłanów i wszystkich urzeczonych miłością Jezusa Chrystusa. Szczytowym tego wyrazem jest spotkanie z pokornym następcą Piusa IX, który błogosławił Świętego i nie skąpił mu zachęty, Leona XIII, który rozpoczął przygotowania do jego procesu beatyfikacyjnego, a wreszcie Piusa XI i Piusa XII, którzy tę sprawę posunęli wybitnie naprzód.

Wszyscy wiedzą, że trzeba się niemało natrudzić, aby dojść do świętości. A jeszcze trudniej jest zostać beatyfikowanym i kanonizowanym, ponieważ sumienie tego, kto musi przemawiać w Kościele zgodnie z prawdą musi kierować się wielką rozwagą i ścisłością. Dzięki Bogu jednak i dzięki kolejnym wymienionym tu papieżom naszych czasów dobre imię osoby Wincentego Pallottiego - oraz całego szeregu kapłanów dających w Rzymie i gdzie indziej wspaniały przykład rzeczywistej doskonałości - tak mocno świeci i pociąga widoczną i rzeczywistą wartością, że wywołuje to powszechną i najszczerszą radość. Jest to naprawdę wyraz nieprzerwanego hołdu składanego świętości kleru, a zwłaszcza duszpasterzy poświęcających się bez reszty przepajaniu duchem Chrystusowym serc wszystkich członków mistycznej owczarni.

Światło wiary i żywy płomień miłości.

„Lumen fidei, flamma caritatis” te proste a głębokie słowa wyrażają może najlepiej żarliwość, z jaką święty Wincenty Pallotti umiał i musiał skłaniać ludzi do odpowiadania na wezwania idące z nieba. Bóg naprawdę z upodobaniem działał przez tego skromnego kapłana i mnożył przez niego swoje cuda. Niektóre z nich zostały zbadane i przyjęte w pełni dla poparcia orzeczenia o jego świętości. Jest jeszcze i wielu innych - i to różnego stopnia - które świadczą stale o upodobaniu, jakie Bóg Wszechmogący miał do Swego sługi. Idzie tu - rzecz oczywista - o zgodność nieba i ziemi. A na ziemi zanoszą modły nie tylko kapłani z Rzymu i ze wszystkich zakątków świata, gdzie dotarła duchowa rodzina św. Wincentego Pallottiego, lecz również rozmaite kategorie wiernych, przepojone czcią i miłością dla tego wybranego kapłana.

Ojciec Święty chce zwierzyć się tu obecnym, że pragnąc włączyć się jak najbardziej w triduum ku czci tej nowej gwiazdy na firmamencie Kościoła, przeczytał poprzedniej nocy znaczną część nowego, ostatnio opracowanego życiorysu Pallottiego, który ujmuje trafnie główne zarysy dzieł powstałych z tego gorącego serca, budzi w sercu żywą radość i wielką ufność.

Mirabilis Deus in sanctis suis.

Ta obfitość „lumen fidei” ukazuje nam Chrystusa - źródła wszelakiej świętości, ta „flamma caritatis”, ów zewnętrzny wyraz wielkodusznej ofiary - nie zadawala się drobiazgami, lecz obejmuje szerokie horyzonty, otwierające się przed nim. Pozwala to nam, później żyjącym, podziwiać nowe cuda łaski Chrystusowej, których może nawet nie ośmielalibyśmy się oczekiwać z uwagi na różne okoliczności czasów i sytuacji.

A oto Zbawiciel spełnia po Bożemu Swą obietnicę nieskończonej dobroci i pomocy. Bóg „mirabilis in sanctis suis” troszczy się zawsze przy pomocy Swych łask o triumf Ewangelii, prowadząc dusze na wyżyny.

Ojciec Święty pragnie zwrócić się ze szczególną życzliwością do wszystkich, którzy go słuchają, aby razem z nim w największej pokorze otwierali swe dusze w rozpamiętywaniu świętych w dziejach ich życia i w uczynkach. Są oni bowiem wieczną wiosną Kościoła.

Jeżeli jesteśmy wierni powołaniu otrzymanemu od Boga, ale tak naprawdę, poważnie, z zapałem i całkowitym oddaniem, to otrzymamy z pewnością w życiu naszym prawdziwe pociechy. To z nich uważa się za złudne pociechy, które nie są związane z łaską, z prawdami nadprzyrodzonymi, względnie z cudami miłosierdzia Bożego. Nie są one naprawdę trwałe. I nic też nie są warte bogactwa, zaszczyty i powodzenia doczesne, ponieważ są z natury swej nietrwałe i przemijające.

Dobry kapłan, syn wzorowej rodziny chrześcijańskiej, który wyraźnie widzi własną drogę i postępuje po niej jak najlepiej, który dołącza się do braci i wraz z nimi wchodzi w życie, czerpiąc w każdej okoliczności korzyści z tych charyzmatów łaski, jakie Kościół przeznacza dla pełnego przygotowania do kapłaństwa, zdobywa stały pokój w pełnieniu swych codziennych obowiązków.

Boski nauczyciel nie opuszcza nigdy dobrych kapłanów. Jeśli znajdą się w kłopotach, otacza ich tym troskliwszą ojcowską opieką tak, że umożliwia im pomoc usuwającą, a przynajmniej łagodzącą ich biedy. Musimy ponadto prowadzić życie umartwione, hamując względnie ograniczając przez częste i zdecydowanie powtarzane „nie” zachcianki i kaprysy zmysłów, a niekiedy i skłonności nawet dobre, a wymagające zdyscyplinowania w imię ogólnego porządku. Bóg zaś jest zawsze gotów wyjść nam naprzeciw, błogosławić nas i podnosić. Św. Kasper del Bufalo i św. Wincenty Pallotti. Z początkiem bieżącego roku, a ściśle mówiąc 4 stycznia papież udał się na modlitwę do grobu innego świętego czczonego w Rzymie: Kaspra del Bufalo, bliskiego przyjaciela Pallottiego, a nawet jego powiernika i penitenta, któremu Wincenty towarzyszył w uroczystej chwili jego przejścia do szczęścia wiecznego. Ten związek dwóch świętych - przypominający nam inne podobne między najwierniejszymi sługami Boga - którzy obaj byli wzorami wśród kleru rzymskiego, kapłanów i proboszczów i dodawali szczególnego blasku diecezji rzymskiej, jest niewątpliwym wyrazem czegoś bardzo szlachetnego i - jeśli można tak powiedzieć - dynamicznego i przyczynia się do pogłębienia całkowitego zaufania wobec kapłaństwa.

Nie okazywali oni nigdy obaw w przeciwnościach i starciach, nieuchronnych w pracy apostolskiej. Święty Wincenty Pallotti z takim przekonaniem i zdecydowaniem popierał wszelkie dobro i śmiałe poczynania i był tak pewny zwycięstwa, że nosił się nawet z zamiarem utworzenia stowarzyszenia pod nazwą „koło przeciw szatanowi”, (circolo antidomoniaco). Sama ta nazwa wystarcza na dowód wielkoduszności i zdecydowania jego usposobienia. Abstrahując zresztą od tego, co mogłoby się wydać programem tylko negatywnym, starał się on utrwalić, chronić i nawiązywać różne kontakty z bliźnimi, roztaczając wokół siebie wspaniałe dowody miłości, gorliwości, wyrzeczenia i kapłaństwa chrześcijańskiego. I właśnie w tym święty Kasper del Bufalo i święty Wincenty Pallotti byli zupełnie jednomyślni i to tak dalece, że gdy pierwszy z nich umarł, drugiemu przypadł zaszczyt przygotowania procesu beatyfikacyjnego przyjaciela.

Pierwsza serdeczna i świadoma wspólnota zamierzeń rodzi się w domu, na bezpośrednim terenie pracy, aby następnie rozejść się szerokim echem po całym świecie. Stajemy tu wobec czegoś tak wspaniałego, że może się ono wydać aż legendarne. A jednak im bardziej do głębi bada się tego rodzaju święte wydarzenia, tym lepiej można zrozumieć, jak Bóg jest nam bliski i jak jest zawsze przy Swych kapłanach, którzy są wierni swym podstawowym obowiązkom w każdej chwili życia aż do samej śmierci. Ojcowskie życzenia dla proboszczów Rzymu. Nawiązując do tej wspaniałej prawdy, Ojciec Św. przypomniał już w ubiegłą niedzielę czcigodne i błogosławione imiona licznych prałatów, proboszczów i kapłanów należących do kleru rzymskiego, którzy w ubiegłym stuleciu i w naszych czasach święcie współzawodniczyli z oboma głosicielami Ewangelii. Dziś wita z radością i szczególną serdecznością zebranych kapłanów, przybyłych wraz z Kardynałem Prowikariuszem i licznymi biskupami oraz ze zwartymi szeregami kleryków rzymskich, aby złożyć hołd świętemu Wincentemu Pal-lottiemu i życzy im wszystkim długiej i pełnej zasług pracy, przez którą dają skuteczne dowody swej aktywności w Królestwie Bożym.

Śledząc osiągnięcia obu świętych, Kaspra i Wincentego, widzi się, że niedługo przebywali na ziemi: jeden zmarł w 51 roku życia, a drugi w 55. Po ludzku patrząc, pożądany byłby dłuższy pobyt na ziemi. Ale wyroki Opatrzności nie podlegają dyskusji. Najważniejszą rzeczą jest uznać, że Bóg wyznaczył każdemu z nas miarę najbardziej stosowną, przez którą łaska Chrystusowa ożywia Kościół.

Zawsze i wszędzie natrafiamy na zadziwiające harmonie. Ojciec Święty pamięta głębokie wrażenie, jakie przeżył jeszcze w młodości, uczestnicząc po raz pierwszy w 1901 roku w oktawie modlitwy po Trzech Królach. Jest nadal poruszony dalszym rozwojem tej pobożnej praktyki, tak dobrze ustawionej i połączonej z żarliwymi modlitwami. Uwydatnia się w niej wyraźnie znamię powszechności Kościoła. Wezwanie do powszechnej odnowy.

Czyż nie podkreślamy obecnie, że nawet siły przyrody stawiane -w miarę jak się stopniowo ujawniają - na służbę człowieka, kryją w sobie tajemnice, których nikt się nie spodziewał i przyczyniają się na różne sposoby do coraz to nowych przedsięwzięć, mających na celu utwierdzenie posłannictwa Kościoła, matki i mistrzyni wszystkich narodów? Czyż nie zauważamy dziś rozbrzmiewającego po całym świecie dobroczynnego nalegania głosu i szczególnie skutecznej zachęty do czynienia dobrze i do szerzenia wszędzie prawdy, sprawiedliwości i miłości?

Starajmy się zatem posługiwać tymi narzędziami i wykorzystywać je dla Boga i dla Jego Kościoła, jednego, świętego, powszechnego i apostolskiego, rozszerzającego się i utrwalającego nieustannie.

Jakiż ogrom rozwoju i doskonałości ukazuje nam Sobór. Daje on bowiem sam przez się świadectwo jedności, jakiej pragną Zbawiciel, jedności, której podstawą jest Stolica Piotrowa i która ukazuje w sposób bardziej oczywisty i widzialny swą przedziwną spoistość. Jest to rzeczywiście wydarzenie historyczne, na które może w pierwszej chwili patrzyliśmy z lękiem i bojaźnią, lecz które budzi dziś w sercach jak najbardziej uzasadnione nadzieje.

Spośród wielu dodatnich wrażeń, jakie dało to miłe spotkanie Soborowe, najmocniejszym przeżyciem - podkreślił Ojciec Święty -jest poznanie autentycznego rozkwitu wiary, zgodnej z wielką tradycją katolicką, apostolską i rzymską.

Prace nad zbawieniem wszystkich ludzi.

To właśnie daje powód do zdrowego i uzasadnionego optymizmu z wspomnianej zasady i daru powszechności. Patrząc w tej tak szerokiej perspektywie na przygotowanie do kapłaństwa i życie w stanie kapłańskim, widać, że nie oznacza to z pewnością szukania własnych wygód lub osobistego tylko dobra, lecz gorliwą pracę dla całego społeczeństwa i dla ostatecznego triumfu Chrystusa.

Trzeba uwolnić się od niebezpieczeństwa niepełnego odczytywania Ewangelii i nie stosowania jak należy całej jej treści do życia. Nie wystarcza żyć zgodnie z nauką chrześcijańską, a potem kryć się w odosobnieniu, uważając, że wypełniło się swój obowiązek. To nie może wystarczyć. Zbawiciel pragnął i pragnie nadal zbawienia wszystkich. A czyż Jezus nie jest „lux vera, qua illiminat omnem hominem venien-tem in huno mundum”. Czyż nie czytamy u św. Łukasza: „Vidobit omnis caro salutare Dei?” Św. Paweł podkreśla w liście do Tytusa: „Apparuit gratia Dei salvatoris nostri omnibus hominibus”. Wreszcie św. Mateusz zachował w samym zakończeniu swej Ewangelii ostatnie zlecenie Pana Jezusa: „Euntes, docete omnes gentes”.

Taka jest wieczna wiosna Kościoła św. Mając na uwadze tę wzniosłą rzeczywistość, Papież włączył do osobistego listu, skierowanego w tych dniach do poszczególnych biskupów świata katolickiego, ojcowską prośbę, aby pamiętali, że każdy wprawdzie ma obowiązek pełnienia własnych zadań, osiągnięcia własnego zbawienia i utrzymania w sobie depozytu wiary i tradycji chrześcijańskiej. Wszyscy jednak winni również przyczynić się do szerzenia tej miłości, która sprawia, że widzimy w innych, niezależnie od ich pochodzenia, rasy i języka, naszych braci. A ponieważ ludzkie środki ułatwiają obiecujące zbliżenia, należy je wykorzystać, aby służyły one w pełni chwale Chrystusa.

Apostolstwo wyrazem miłości.

Pięknie jest żyć, ponosić ofiary, a nawet - jeśli trzeba - umierać za tak wzniosły ideał. Wartość takiego postępowania płynie z niezawodnej obietnicy Zbawiciela: „Ecce ego vobiscum sum omnibus die-bus, usque ad consummationem saeculi”.

Święty Jan Chryzostom streszcza tę cenną prawdę w następującym komentarzu: „Mementote, Fratres, quod non de vestra tan-tummodo vita, sed de universo orbe a vobis ratio reddenta ast” - pamiętajcie Bracia, że będziecie musieli zdać sprawę nie tylko z waszego własnego życia, lecz również i z życia całego świata. Jest to ostrzeżenie skierowane w sposób szczególny do tych, którym ich święte powołanie dodaje zapału do służenia wyłącznie Bogu i do gorliwej pracy nad zbawieniem dusz.

Tak więc do obowiązków wobec samego siebie dołącza się troska o innych. W żadnym innym wypadku nie jest równie słuszne powszechnie znane powiedzenie: jeden za wszystkich - wszyscy za jednego.

Na koniec miejmy poczucie niewzruszonej i niezmąconej ufności.

Niech towarzyszy ona nie tylko tym ukochanym synom, którzy żyją w Rzymie i mogą często odświeżać się duchowo przy wszelkich uroczystościach, jakie mają miejsce w samym centrum Kościoła. Niech będzie również słodką pociechą dla tych wszystkich, którzy będą musieli powrócić na liczne, bliskie i odległe placówki apostolskie.

Do każdego niech zawsze dociera dobra nowina: Chrystus żyje, Chrystus triumfuje. Niech Chrystus rozlewa nadal, jak w pierwszych czasach chrześcijaństwa, i nawet jeszcze obficiej jak niegdyś, Swoją łaskę, Swe błogosławieństwo i zapewnienie tego szczęścia, jakie nam przygotował w wieczności.

[Acta SAC V, 265-272. Wiadomości Polskiej Prowincji SAK, nr 2(1963) 44-55.]